Aktualności

  • 12 miesięcznica pierwszej (i ostatniej?) konferencji podkomisji

    18 września 2017 r.

    W cieniu innych spraw, niezauważenie mija rocznica jakże ważnej pierwszej (i na razie ostatniej) konferencji podkomisji smoleńskiej. Dlaczego ważnej? Bo konferencja ta jednoznacznie pokazała, że król jest nagi. Przez ostatnie lata Jarosław Kaczyński co miesiąc zapewniał wierny elektorat, że prawda jest tuż za rogiem, a Antoni Macierewicz jak tylko dostanie stosowne narzędzia, czyli możliwość obsadzenia wojskowej komisji badania wypadków lotniczych zaufanymi, choć niekoniecznie merytorycznie przygotowanymi ludźmi, prawdę tę wyświetli. Tymczasem ...

    Minęło półtora roku od szumnie ogłoszonego przez ministra Macierewicza powołania podkomisji. Wtedy Szef MON tak m.in. uzasadniał wznowienie badania:

    "Praca podkomisji oraz ostateczne stanowisko Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pozwoli nam dowiedzieć się nie tylko, co się zdarzyło, ale także, kto za to jest odpowiedzialny." "Jestem przekonany, że wyniki badania KBWLLP pozwolą nas zbliżyć do prawdy, dostarczyć materiał prokuraturze wojskowej i sprawiedliwie osądzić odpowiedzialnych za tę straszliwą tragedię" - dodał.

    Już to kuriozalne stwierdzenie, że rolą komisji (badającej przyczyny wypadku jedynie w celach profilaktycznych) jest wskazanie winnych, czyli de facto przejęcie roli prokuratury i sądu, było jawnym dowodem na to, że Antoni Macierewicz prawa nie zna, a prawa lotniczego w szczególności. Podczas inauguracji działania podkomisji minister tak tłumaczył swoją decyzję: "Zostały ukryte podstawowe fakty i podstawowe informacje, które w sposób zasadniczy zmieniają ogląd wydarzeń" - twierdził Macierewicz.

    Macierewicz wymieniał: "zniszczenie ponad 400 kart informacji i meldunków, jakie zostały dostarczone 10 kwietnia do sztabu generalnego Wojska Polskiego, meldunki instytucji państwowych pokazujących przygotowywanie przez służby specjalne operacji mającej uniemożliwić dojście do prawdy." "Trzeba przede wszystkim wskazać na odnalezienie posiadanego przez cały czas przez urzędników KBWLLP pełnego, ciągłego, nieprzerwanego - od startu do ostatniego momentu istnienia w formie integralnej samolotu - zapisu przebiegu tego tragicznego lotu w zakresie działania przyrządów i parametrów lotu" - oskarżał szef MON.

    Wobec tych rewelacji, media i opinia publiczna z zaciekawieniem oczekiwali na przedstawienie faktów. Jednakże, poza potwierdzeniem przez Macierewicza, że Komisja Millera rzeczywiście miała nieprzerwany zapis z rejestratorów lotu Tu-154M (co w poprzednich latach było przez niego wielokrotnie poddawane w wątpliwość), konkretów nie było. Jeszcze bardziej interesujące było zestawienie cytowanych wypowiedzi ministra z pisemnym uzasadnieniem decyzji o wznowieniu badania. Nie znalazła się tam ani informacja o rzekomym zniszczeniu ponad 400 kart informacji i meldunków mających na celu ukrycie wyimaginowanej operacji specjalnej, ani o "ukryciu podstawowych faktów", które w zasadniczy sposób miałyby zmienić ogląd wydarzeń. W kolejnych miesiącach kilkakrotnie jeszcze min. Macierewicz podgrzewał kociołek z mitami smoleńskimi. Na początku czerwca media zelektryzowała wieść, że pojawiły się jakoby nowe, przełomowe nagrania z nasłuchu korespondencji radiowej między Tu-154M, a służbami kontroli lotów:

    "Skandynawowie poinformowali nasze służby, że udało im się zarejestrować rozmowę załogi samolotu Tu-154M od startu w Warszawie aż do momentu nawiązania łączności z wieżą kontroli lotów na lotnisku Sewiernyj w Smoleńsku." To nic, że wspomniany nasłuch kończył się zanim samolot rozpoczął podejście do lądowania, że Komisja Millera i Prokuratura Wojskowa były w posiadaniu tej korespondencji zapisanej w czarnej skrzynce tupolewa i w magnetofonach służb ruchu lotniczego Polski, Białorusi i Rosji. Z braku sukcesów (członkowie podkomisji w tym czasie po prostu próbowali zrozumieć materiał dowodowy zebrany przez Komisję Millera i Prokuraturę Wojskową) wmawiano opinii publicznej, że materiał ten może coś wnieść do badania przyczyn wypadku.

    30 czerwca 2016 r. pytany w TVP Info, co się dzieje w sprawie katastrofy smoleńskiej i czy opinia publiczna pozna jakieś nowe informacje, min. Macierewicz ogłosił: "Myślę, że już niedługo będą przedstawione nawet nie wiem, czy nowe informacje, czy to jest dobre sformułowanie "informacje", ale istotna rekonstrukcja wydarzeń oparta o rewelacyjne prace, jakie teraz są kończone przez komisję smoleńską". Dodał, że pokaże to, "jak byliśmy nieprawdopodobnie okłamywani przez ostatnie lata" i "jak rzeczywiście wyglądały ostatnie sekundy tego lotu. Zobaczymy to, a na pewno usłyszymy."

    Jednak na objawienie zapowiadanych prawd musieliśmy czekać do 15 września, kiedy miała miejsce pierwsza konferencja podkomisji. Oczekiwania były duże. Podkomisja pracowała już 7 miesięcy. Jakież było zdziwienie, gdy na samym początku min. Macierewicz poinformował, że: "Proszę nie spodziewać się, że komisja wskaże winnych." Podkreślił, że celem podkomisji jest wyłącznie ustalenie przyczyn katastrofy, aby do takich sytuacji nie dochodziło do podobnych tragedii. Przewodniczący podkomisji, dr. Berczyński zakomunikował, że podkomisja opiera się w pracach na materiałach zgromadzonych przez Komisję Millera i Prokuraturę. Zadeklarował też: "Nie przyjmujemy żadnych wstępnych założeń i hipotez."

    Ta wypowiedź była szczególnie interesująca w kontekście udziału większości członków podkomisji w pracach Zespołu Parlamentarnego PiS, znanego z wygłaszania tez mających dowodzić zamachu poprzez detonację materiałów wybuchowych (w różnych miejscach samolotu i poza nim), zestrzelenia czy tajemniczego obezwładnienia samolotu/załogi.

    Dowiedzieliśmy się, że zespołem technicznym kieruje prof. Piotr Witakowski, specjalista od wytrzymałości konstrukcji betonowych, a zespołem pilotażowym mgr inż. Marek Dąbrowski, architekt. Żeby nie było niedopowiedzeń – żaden z nich nie ma jakiegokolwiek doświadczenia lotniczego, ale obydwaj aktywnie uczestniczyli w Konferencjach Smoleńskich i wspierali prace Zespołu Parlamentarnego.

    Na początku podkomisja wydała oświadczenie, że generała Błasika nie było w kabinie, nie przedstawiając żadnych wiarygodnych dowodów na poparcie tej tezy (dla przypomnienia: specjaliści od fonoskopii CLKP, biegli IES i członkowie zespołu biegłych z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością wykazali, że w kabinie słychać było wypowiedzi osób spoza załogi). Listę "odkryć" podkomisji otwierało oświadczenie: "znaleźliśmy dowody, że niektóre dane były manipulowane.” Nie sprecyzowano jednak, które dane miały być zmanipulowane. Kolejną rewelacją była informacja, że niektóre części po katastrofie były przemieszczane. W rzeczywistości jeden fragment usterzenia wysokości został przeniesiony o kilkadziesiąt metrów, ale jego pierwotne położenie udokumentowano w raporcie Komisji Millera, więc nie było to żadnym odkryciem.

    W celu udowodnienia, że samolot nie spadł tam, gdzie wskazała Komisja Millera i biegli prokuratury wojskowej, podkomisja przedstawiła też swoją wizję przebiegu niszczenia samolotu. Pikanterii dodawał fakt, że nikt z podkomisji nie był na miejscu wypadku ani nie brał udziału w oględzinach szczątków. Nowatorstwo pierwszego na świecie przykładu wirtualnego badania (!) będzie na pewno zapisane w podręcznikach, choć raczej nie będą one poświęcone badaniom wypadków lotniczych.

    Wbrew wynikom pracy biegłych pirotechników CLKP podkomisja stwierdziła też (na podstawie analizy zdjęć), że wiele fragmentów samolotu było nadpalonych i okopconych już w powietrzu (!), a 60 m przed brzozą znaleziono części samolotu. W rzeczywistości biegli pirotechnicy prokuratury wojskowej znaleźli podczas badań 1 niewielki niezidentyfikowany fragment blachy leżący 40 m przed brzozą w rejonie, gdzie samolot ciął kępy drzew o średnicy pni do 10 cm. Ciekawostką jest, że elementu tego nie znaleziono podczas oględzin miejsca wypadku w kwietniu 2010 r. ani podczas prac misji archeologicznej, jesienią 2010 roku. Nie można więc wykluczyć, że element ten został w to miejsce podrzucony później. Należy jednak podkreślić, że biegli pirotechnicy CLKP wykluczyli, aby ten i pozostałe badane szczątki były poddane działaniu materiałów wybuchowych.

    Zabawnym akcentem była autolaudacja Franka Taylora – eksperta podkomisji (nie członka, więc bez prawa głosu), jedynej osoby w tym gronie, która była związana z zagadnieniami badania wypadków lotniczych, choć nigdy nie był on członkiem żadnej komisji państwowej. Opowieści o rozwiązywaniu łamigłówek z babcią wprawiły w osłupienie nawet tradycyjnie życzliwych dziennikarzy mediów prawicowych i publicznych (w sumie dzisiaj to jedno i to samo). Niewielu jednak zauważyło, że Frank Taylor zadeklarował również możliwość włączenia do badania swoich kolegów spoza Polski. Czyżby ocenił skład podkomisji jako niegwarantujący sukcesu? Z perspektywy roku wiemy, że minister Macierewicz nie skorzystał z tej oferty.

    Na koniec członkowie podkomisji stwierdzili, że dotychczasowe raporty zawierają dużo fałszywych informacji i zakończyli konferencję. Niestety pytania dziennikarzy nie były przewidziane. Nie wspomniano ani o słynnych „400 kartach”, ani o nagraniach z nasłuchu.

    Po konferencji podkomisja złożyła doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa związanym z rzekomym fałszerstwem zapisów rejestratorów parametrów lotu. Pomimo próśb prokuratury o udokumentowanie zawiadomienia, podkomisja nie przedstawiła dowodów na poparcie swojego wniosku, w związku z czym prokuratura nie podjęła dalszych czynności.

    Pierwsza konferencja podkomisji była chaotyczna, jej członkowie tłumaczyli się tak, jakby dopiero zaczęli pracę. Nie pojawiło się nic nowego, co mogłoby uzasadniać podjęte 7 miesięcy wcześniej ponowne badanie wypadku. Wszyscy, którzy liczyli na coś więcej - zawiedli się. Co ciekawsze, kolejny rok nie przyniósł żadnych nowych rewelacji. Dr Berczyński po "wykończeniu Caracali" abdykował z funkcji przewodniczącego, a bezgłośna bomba termobaryczna i super wytrzymałe uszczelki okien po trzech miesiącach ustąpiły eksplodującej końcówce skrzydła.

    Obserwując comiesięczne "modlitwy" Jarosława Kaczyńskiego przed Pałacem Namiestnikowskim, można odnieść wrażenie, że nawet on stracił nadzieję na dojrzenie prawdy za kolejnym rogiem. Prawdy, która znana jest od ponad 6 lat.

    Żródło: http://faktyosmolensku.natemat.pl/




    Powrót na stronę główną

Człokowie Zespołu Parlamentarnego



Zobacz pełny skład Zespołu